Fabuła

 No i znowu jestem tutaj. W miejscu które, o ironio, każą mi nazywać pracą. Ten ośrodek, miejsce "powstawania lepszego jutra", jak to nazywa nasze dowództwo. Gówno prawda. To miejsce, to po prostu zakład, w którym przymusowo resztę życia spędzają osoby, których wiedza i egzystencja, niezbyt pasują rządowi kontynentu niegdyś nazywanego Ameryką Północną. Bo tutaj teraz już nie ma podziału na państwa, czy stany. Są tylko dwa państwa. Ameryka, i coś, co zdaje nazywać się "Metropolią", czymkolwiek może to być. W każdym razie, moja egzystencja, tak samo jak mych współpracowników, nie podoba się tym, którzy tu pociągają za sznurki. W końcu, moglibyśmy pozbawić ich autorytetu, zaczęłyby się bunty i wszystko, ponownie, zaczęłoby się sypać. Wysłali mnie tu i zabraniają wyjść. Każą pracować. Nad czym? Oczywiście, któż by się spodziewał, produkujemy broń, i lekarstwa. Placówka która z pozoru wydaje się tylko starą bazą wojskową, pod ziemią skrywa cały kompleks laboratoriów i innych pomieszczeń, których ludzkie oko, nie miało szansy zobaczyć.

  Wparowałam do salonu jak gdyby nigdy nic, rzucając torbą w mego leżącego na kanapie towarzysza. Usłyszałam jedynie cichy jęk bólu po trafieniu go w brzuch torbą, i usiadłam wzdychając na fotelu.
- Ciebie też miło widzieć - powiedział.
- To nie czas i miejsce na uprzejmości - włączyłam telewizor i zaczęłam oglądać seriale komediowe, które jak zawsze, bawiły tylko mnie. Zac spał na kanapie i tyle przyszło mi z jego towarzystwa, oprócz nas w pokoju jeszcze przy stole siedział Adrian, i przez chwilę obecnością zaszczyciła nas niejaka Ravenis, która pracowała nad jakimś tam reaktorem. Czego się spodziewać, w końcu jest naukowcem. A w tej chwili kraj przeżywa kryzys energetyczny, i "poproszono" nas, abyśmy wynaleźli coś, co mogłoby stanowić alternatywne źródło energii. Rav odkryła jakieś promieniowanie. Mieliśmy złożyć o tym raport, i gdy zapytano o nazwę danego promieniowania, bez zbędnych pytań, powiedziałam iż nazywa się ono "Gamma-14". Tak, wiem. Lubię komiksy, a szczególnie Hulka, okej? Okej.
- Wieeeje nudąąą... - marudziłam leżąc na fotelu z nogami na oparciu i głową przy samej ziemi. Przeskakiwałam z jednego kanału na drugi, w poszukiwaniu czegokolwiek ciekawego w telewizji.
- Anabeth, zamknij się już - wymamrotał Zac, który najwidoczniej się już obudził. O nie, nie ma mowy. Od czasu do czasu trzeba pokazać, kto tu jest samicą Alfa.
- Dla ciebie Pani Anabeth, niedorozwoju - powiedziałam rzucając w jego głowę poduszką. Podniósł się natychmiast i oboje wybuchliśmy śmiechem. Zaczęła się wojna na poduszki. Adrian się przyłączył, bo w sumie czemu nie. Zabawa trwała całe 2 minuty, bo przerwał nam alarm i czerwona lampka która zapaliła się w rogu pokoju.
- ALARM! KOD 213! POWTARZAM! KOD 213!
Zmrużyłam oczy spoglądając w stronę światełka. Oparłam ręce na biodrach.
- No dobra, pytanie za 100 punktów, kto wie co to kod 213?
**********
 W biegu do labo zdążyłam już wpaść na kilkanaście przedmiotów, wliczając w to ściany, meble, i rośliny w doniczkach. Było oczywiście po drugiej stronie ośrodka, bo przecież centrum mieszkalne powinno być odizolowane od miejsca pracy. Co za idiota to projektował? Cała nasza trójka wpadła przez podwójne metalowe drzwi jak burza. Nim będąca tam Rav zdążyła cokolwiek powiedzieć, rzuciłam jej pytanie:
- Co żeś znowu zepsuła?!
Popatrzyła na mnie marszcząc brwi. Dobra dobra, uprzejmości na potem.
- Nic nie zepsułam! Reaktor się przegrzał, chyba źle wyliczyłam którąś ze zmiennych...
Przewróciłam oczami. Nadal tego nie rozumiem... Skoro to zmienna, to jak można ją obliczyć? Przecież się zmienia, nie? Stąd ta nazwa? A nie wiem, mam to gdzieś.
- Przesuń się - popchnęłam dziewczynę na bok i otworzyłam panel z boku maszyny. Ten reaktor to jakaś miniaturka, nie wiem jak to coś może dawać prąd, to co stało się w Czarnobylu chyba nie mogło być wywołane przez coś takiego. Po odrzuceniu metalowej płyty moim oczom ukazało się mnóstwo kabli. 
- Eeeeee...
- Przetnij zielony - powiedziała Rav zaglądając do instrukcji. Wzięłam kombinerki. Do moich uszu dobiegł głos z głośnika na ścianie.
- 60, SEKUND DO WYBUCHU REAKTORA
- Na pewno? - zapytałam biorąc kabel.
- Nie czekaj! Czerwony.
- To ten? Nie, ten? Nie... - Podrapałam się po głowie. Strasznie tam ciemno, nie rozróżniam kolorów, dla mnie połowa z nich to czarny.
- 30, SEKUND, DO WYBUCHU REAKTORA
- A może...
- O jezu, na co czekasz!? Przetnij któryś i koniec! - usłyszałam za sobą czyjś głos. Wzięłam kabel który zdawał się najbardziej przypominać czerwony.
- Czekaj! Tylko nie przecinaj!..
Za późno. Spojrzałam na przecięty kabel, stojąc plecami do pozostałych.
- Błagam, powiedz, że przecięłaś którykolwiek tylko nie...
-10 SEKUND
Czarny...


Epilog

  2 lata po wybuchu reaktora...

  No dobra, to od czego by tu zacząć. Świat, już nie jest tym światem, jaki pamiętaliśmy. Rząd Ameryki upadł. Całą Amerykę Północną, zajmuje Metropolia. Teraz zajęła się podbojem reszty świata. Wybuch reaktora, nie wywołał większych zniszczeń. Wylądowaliśmy jedynie w szpitalu. Ale promieniowanie. To najgorsze z tego wszystkiego. Jesteśmy mutantami, odmieńcami. Mamy supermoce. Kiedy rząd się o tym dowiedział, postanowił przekształcić nas w coś użytecznego. W co? Broń ostateczną. Jednak szkolenie nie poszło tak dobrze jak miało pójść. W tej chwili, jesteśmy jedyną, niezależną od Metropolii placówką, która jakimś cudem, nadal się trzyma. Zostałam dowódcą. I mam tylko jeden cel. Musimy przetrwać. Jesteśmy silni. Secret Paranormal Corporation. Jesteśmy SPC.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz